Drogi Michaelu!
Każdy Twój dotyk jest dla mnie jak lekarstwo.
Wiesz dlaczego nie bałam się przeszczepu?
Bo wiedziałam, że może to być kroku ku lepszemu. Że mogę wyzdrowieć. Że nic nie ryzykuję. A wiesz co najbardziej mnie do tego motywowało?
Ty.
Każdy Twój dotyk jest dla mnie jak lekarstwo.
Wiesz dlaczego nie bałam się przeszczepu?
Bo wiedziałam, że może to być kroku ku lepszemu. Że mogę wyzdrowieć. Że nic nie ryzykuję. A wiesz co najbardziej mnie do tego motywowało?
Ty.
Twoja Ann
∞
Wparował do domu
przyjaciela, nawet nie pukając do drzwi. Stefan mościł na ciemnej, skórzanej
kanapie, z nogami na małym stoliczku do kawy, a wzrok wlepiony miał w duży
ekran telewizora powieszonego na przeciwległej ścianie.
– Nikt nie nauczył cię pukać? – zapytał, nie odrywając wzroku od telewizora.
Michael spojrzał na ekran. Powtórka meczu. Zwrócił się do kolegi.
– Kto by na to zważał?
– Każdy dobrze wychowany człowiek – odrzekł.
– Mniejsza o to. Obudziła się! Ann się wybudziła!
Kraft odlepił wzrok od spoconych, biegających po boisku mężczyzn i popatrzył na przyjaciela z uwagą.
– Naprawdę? – podniósł się z kanapy.
– Tak, znalazł się dla niej dawca. Będzie zdrowa, rozumiesz? Zdrowa!
– Stary, nie nakręcaj się tak. To jeszcze nic pewnego, nie doszło jeszcze do przeszczepu.
– Ale dojdzie! – oznajmił stanowczo.
– W to nie wątpię, jednak musisz wiedzieć, że podczas przeszczepu nie wszystko się udaje. Szpik może się nie przyjąć – mówił półszeptem.
– Wszystko będzie w porządku – zapewnił blondyn.
Stefan westchnął, poklepał przyjaciela po plecach i skierował się do kuchni, by przygotować coś do picia.
– Nikt nie nauczył cię pukać? – zapytał, nie odrywając wzroku od telewizora.
Michael spojrzał na ekran. Powtórka meczu. Zwrócił się do kolegi.
– Kto by na to zważał?
– Każdy dobrze wychowany człowiek – odrzekł.
– Mniejsza o to. Obudziła się! Ann się wybudziła!
Kraft odlepił wzrok od spoconych, biegających po boisku mężczyzn i popatrzył na przyjaciela z uwagą.
– Naprawdę? – podniósł się z kanapy.
– Tak, znalazł się dla niej dawca. Będzie zdrowa, rozumiesz? Zdrowa!
– Stary, nie nakręcaj się tak. To jeszcze nic pewnego, nie doszło jeszcze do przeszczepu.
– Ale dojdzie! – oznajmił stanowczo.
– W to nie wątpię, jednak musisz wiedzieć, że podczas przeszczepu nie wszystko się udaje. Szpik może się nie przyjąć – mówił półszeptem.
– Wszystko będzie w porządku – zapewnił blondyn.
Stefan westchnął, poklepał przyjaciela po plecach i skierował się do kuchni, by przygotować coś do picia.
*
Przeglądał strony
internetowe. Nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Od ponad dwóch godzin czeka na
wiadomość od rodziców Ann. Przez ten czas zdążył zrobić zakupy, obejrzeć kilka
minut filmu, poczytać książkę, wziąć szybki prysznic. Chciał się zdrzemnąć,
jednakże ekscytacja na to nie pozwalała. Po niecałych piętnastu minutach
wiercenia się w łóżku wstał, a teraz siedzi przed laptopem. Nic nie było
wówczas satysfakcjonujące.
Z irytacją trzasnął klapą komputera i oparł się o krzesło, chowając twarz w dłonie i wypuszczając z płuc powietrze.
– Jesteś beznadziejny, Michael! – warknął, wstając z krzesła.
Podszedł do kuchennych szafek, a wyjąwszy z nich smukła szklankę, nalał do jej wnętrza pomarańczowy sok. Uniósł ją do ust i ledwo wziął pierwszy łyk, gdy usłyszał, że z kieszeni jego spodni wydobywa się melodyjka. Z hukiem odłożył szklankę na blat i pospiesznie wyjął z kieszeni telefon. Na wyświetlaczu widniało słowo „Isabel”.
– Halo?
– Witaj Michaelu, znamy datę. To dziś! Już dziś odbędzie się operacja – mówiła podekscytowana.
– Już? Tak szybko?
– Nie ma co zwlekać. Jeżeli chcesz, możesz do nas dołączyć. Zabieg rozpocznie się o dziewiętnastej.
– Będę – błyskawicznie zapewnił.
– W takim razie do zobaczenia, Michaelu.
Kiedy odłożył telefon obok szklanego naczynia z sokiem, był oszołomiony. Oparł dłonie o blat i spuścił głowę. Przymknął powieki i zaczął dziękować Bogu za to, że w końcu znaleźli cud, w postaci dawcy szpiku kostnego. Uśmiechnął się, a po jego policzku pociekła samotna łza. Zerknął na zegarek. Za piętnaście czwarta. Ma jeszcze kilka godzin. Może teraz, gdy wszystko jest już jasne, gdy jest spokojny, uda mu się zdrzemnąć.
W szpitalu zjawił się za kilkanaście minut przed godziną dziewiętnastą. Rodzice Ann siedzieli na korytarzu, przed drzwiami prowadzącymi na blok operacyjny.
– Dzień dobry – powiedział, podchodząc bliżej.
– Cześć – ojciec Ann podniósł się z niewygodnego krzesła i uścisnął dłoń blondynowi, a jego żona lekko ucałowała jego policzek.
– Co z Ann?
– Szykują ją do operacji. Nawet nie wiesz jak bardzo się denerwujemy – jęknęła kobieta, przystawiając zwiniętą w pięść dłoń do serca.
– Wszystko będzie dobrze – posłał kobiecie pokrzepiający uśmiech.
Zza rogu wyłoniły się dwie pielęgniarki wiozące łóżk, na którym leżała dziewczyna.
– Ann! – pisnęła jej matka.
Brunetka bez słowa lekko się uśmiechnęła na widok swych bliskich, lecz pielęgniarki ani na chwilę nie zwolniły kroku, chwile później znikając za ciężkimi, szklanymi drzwiami.
Po niespełna dziesięciu minutach korytarzem przeszli dwaj lekarze. Serdecznie uśmiechnęli się do siedzącej na szpitalnych krzesłach trójki, zapewnili, że zrobią wszystko, co w ich mocy i również weszli na blok.
– Teraz to wszystko w rekach Dobrego Boga – szepnęła kobieta, zerkając w górę.
Mąż otulił ją ramieniem i splótł ich dłonie. To było niesamowite. Widzieć małżeństwo z niemałym stażem o tak silnych więzach, o tak silnej miłości. Po tej dwójce gołym okiem widać było palącą się w ich sercach miłość. A to wszystko, co działo się dookoła, jeszcze wzmacniało to uczucie. Patrzył na nich z ukradka, a za każdym razem na jego wargach rysował się półuśmiech.
Siedział wsparty o oparcie krzesełka, nogi wysunięte miał przed siebie, skrzyżowane w kostkach, a wzrok jego wzrok spoczywał na czubkach butów. Ta operacja wydawała mu się trwać całą wieczność. Napływały na niego fale niecierpliwości, strachu, nadziei, szczęścia, złości. Nie wiedział, które z tych odczuć było najodpowiedniejsze, ani którego powinien się wyzbyć. Po prostu czekał.
Czas upływał. Wskazówki zegara niemiłosiernie się przesuwały. W tym momencie za szklanymi drzwiami znajdującymi się po jego lewej stronie toczy się bój o ludzkie życie, o jej życie, a on bezczynnie siedzi. Jedynym pokrzepieniem w tej sytuacji była myśl, że siedzi w oczekiwaniu na nią. Na zdrową Ann. Uniósł kąciki ust na tę myśl. Wtedy drzwi się otworzyły, a cała trójka pospiesznie podniosła się z siedzisk.
– Panie doktorze? – zapytał pan Witold.
– Już po wszystkim. Państwa córka jest jeszcze nieprzytomna, ale to tylko i wyłącznie przez wzgląd na regenerację organizmu – mówił spokojnie starszy mężczyzna. – Jednakże nie mogę obiecać, iż wszystko będzie w porządku. Nie mogę zagwarantować, że szpik się przyjmie – lustrował sylwetki rodziców dziewczyny, raz po raz robiąc małe przerwy, na to, by mogli przeanalizować wszystko, co powiedział. – My zrobiliśmy wszystko tak, jak należało, teraz wszystko w jej rekach – uśmiechnął się subtelnie. – Wybaczą państwo, ale muszę wracać do moich zajęć.
– Oczywiście, dziękujemy – odpowiedziała kobieta.
– Kiedy będziemy mogli ją zobaczyć? – wypalił blondyn.
Mężczyzna obrzucił go dokładnym spojrzeniem. Zmarszczył brwi i przymrużył powieki. Zastanawiał się zapewne kim jest ten młodzieniec niepodobny do żadnego z rodziny Warmerów. Otrząsnął się, a jego oczy zrobiły się normalnych rozmiarów.
– Pani Ann niebawem zostanie przewieziona na OIOM, myślę, że powinni państwo wstrzymać się z odwiedzinami co najmniej do jutra rana. Dajmy pacjentce nieco swobody – uśmiechnął się.
Był niepocieszony. Nie takiej odpowiedzi oczekiwał. Zwiesił ramiona i powolnie potrząsł głową, wbijając spojrzenie w czyste płytki na podłodze.
– Spokojnie, młody człowieku – lekarz położył dłoń na jego ramieniu – to tylko kilka godzin. Jak się to ma do wieczności?
Michael spojrzał na mężczyznę i uśmiechnął się, doświadczając jego pogody ducha.
– Wybaczą państwo, ale naprawdę muszę już pędzić. Proszę być dobrej myśli. Do zobaczenia.
Z irytacją trzasnął klapą komputera i oparł się o krzesło, chowając twarz w dłonie i wypuszczając z płuc powietrze.
– Jesteś beznadziejny, Michael! – warknął, wstając z krzesła.
Podszedł do kuchennych szafek, a wyjąwszy z nich smukła szklankę, nalał do jej wnętrza pomarańczowy sok. Uniósł ją do ust i ledwo wziął pierwszy łyk, gdy usłyszał, że z kieszeni jego spodni wydobywa się melodyjka. Z hukiem odłożył szklankę na blat i pospiesznie wyjął z kieszeni telefon. Na wyświetlaczu widniało słowo „Isabel”.
– Halo?
– Witaj Michaelu, znamy datę. To dziś! Już dziś odbędzie się operacja – mówiła podekscytowana.
– Już? Tak szybko?
– Nie ma co zwlekać. Jeżeli chcesz, możesz do nas dołączyć. Zabieg rozpocznie się o dziewiętnastej.
– Będę – błyskawicznie zapewnił.
– W takim razie do zobaczenia, Michaelu.
Kiedy odłożył telefon obok szklanego naczynia z sokiem, był oszołomiony. Oparł dłonie o blat i spuścił głowę. Przymknął powieki i zaczął dziękować Bogu za to, że w końcu znaleźli cud, w postaci dawcy szpiku kostnego. Uśmiechnął się, a po jego policzku pociekła samotna łza. Zerknął na zegarek. Za piętnaście czwarta. Ma jeszcze kilka godzin. Może teraz, gdy wszystko jest już jasne, gdy jest spokojny, uda mu się zdrzemnąć.
W szpitalu zjawił się za kilkanaście minut przed godziną dziewiętnastą. Rodzice Ann siedzieli na korytarzu, przed drzwiami prowadzącymi na blok operacyjny.
– Dzień dobry – powiedział, podchodząc bliżej.
– Cześć – ojciec Ann podniósł się z niewygodnego krzesła i uścisnął dłoń blondynowi, a jego żona lekko ucałowała jego policzek.
– Co z Ann?
– Szykują ją do operacji. Nawet nie wiesz jak bardzo się denerwujemy – jęknęła kobieta, przystawiając zwiniętą w pięść dłoń do serca.
– Wszystko będzie dobrze – posłał kobiecie pokrzepiający uśmiech.
Zza rogu wyłoniły się dwie pielęgniarki wiozące łóżk, na którym leżała dziewczyna.
– Ann! – pisnęła jej matka.
Brunetka bez słowa lekko się uśmiechnęła na widok swych bliskich, lecz pielęgniarki ani na chwilę nie zwolniły kroku, chwile później znikając za ciężkimi, szklanymi drzwiami.
Po niespełna dziesięciu minutach korytarzem przeszli dwaj lekarze. Serdecznie uśmiechnęli się do siedzącej na szpitalnych krzesłach trójki, zapewnili, że zrobią wszystko, co w ich mocy i również weszli na blok.
– Teraz to wszystko w rekach Dobrego Boga – szepnęła kobieta, zerkając w górę.
Mąż otulił ją ramieniem i splótł ich dłonie. To było niesamowite. Widzieć małżeństwo z niemałym stażem o tak silnych więzach, o tak silnej miłości. Po tej dwójce gołym okiem widać było palącą się w ich sercach miłość. A to wszystko, co działo się dookoła, jeszcze wzmacniało to uczucie. Patrzył na nich z ukradka, a za każdym razem na jego wargach rysował się półuśmiech.
Siedział wsparty o oparcie krzesełka, nogi wysunięte miał przed siebie, skrzyżowane w kostkach, a wzrok jego wzrok spoczywał na czubkach butów. Ta operacja wydawała mu się trwać całą wieczność. Napływały na niego fale niecierpliwości, strachu, nadziei, szczęścia, złości. Nie wiedział, które z tych odczuć było najodpowiedniejsze, ani którego powinien się wyzbyć. Po prostu czekał.
Czas upływał. Wskazówki zegara niemiłosiernie się przesuwały. W tym momencie za szklanymi drzwiami znajdującymi się po jego lewej stronie toczy się bój o ludzkie życie, o jej życie, a on bezczynnie siedzi. Jedynym pokrzepieniem w tej sytuacji była myśl, że siedzi w oczekiwaniu na nią. Na zdrową Ann. Uniósł kąciki ust na tę myśl. Wtedy drzwi się otworzyły, a cała trójka pospiesznie podniosła się z siedzisk.
– Panie doktorze? – zapytał pan Witold.
– Już po wszystkim. Państwa córka jest jeszcze nieprzytomna, ale to tylko i wyłącznie przez wzgląd na regenerację organizmu – mówił spokojnie starszy mężczyzna. – Jednakże nie mogę obiecać, iż wszystko będzie w porządku. Nie mogę zagwarantować, że szpik się przyjmie – lustrował sylwetki rodziców dziewczyny, raz po raz robiąc małe przerwy, na to, by mogli przeanalizować wszystko, co powiedział. – My zrobiliśmy wszystko tak, jak należało, teraz wszystko w jej rekach – uśmiechnął się subtelnie. – Wybaczą państwo, ale muszę wracać do moich zajęć.
– Oczywiście, dziękujemy – odpowiedziała kobieta.
– Kiedy będziemy mogli ją zobaczyć? – wypalił blondyn.
Mężczyzna obrzucił go dokładnym spojrzeniem. Zmarszczył brwi i przymrużył powieki. Zastanawiał się zapewne kim jest ten młodzieniec niepodobny do żadnego z rodziny Warmerów. Otrząsnął się, a jego oczy zrobiły się normalnych rozmiarów.
– Pani Ann niebawem zostanie przewieziona na OIOM, myślę, że powinni państwo wstrzymać się z odwiedzinami co najmniej do jutra rana. Dajmy pacjentce nieco swobody – uśmiechnął się.
Był niepocieszony. Nie takiej odpowiedzi oczekiwał. Zwiesił ramiona i powolnie potrząsł głową, wbijając spojrzenie w czyste płytki na podłodze.
– Spokojnie, młody człowieku – lekarz położył dłoń na jego ramieniu – to tylko kilka godzin. Jak się to ma do wieczności?
Michael spojrzał na mężczyznę i uśmiechnął się, doświadczając jego pogody ducha.
– Wybaczą państwo, ale naprawdę muszę już pędzić. Proszę być dobrej myśli. Do zobaczenia.
*
Była blada. Jej klatka
piersiowa miarowo podnosiła się i opadała. Była spokojna. Wyglądała jakby
spała. Była piękna. Uwielbiał patrzeć jak śpi. Wydawała się wówczas taka
bezbronna i krucha. Mógł sobie wyobrażać, że ona jest księżniczka, a on to jest
jej rycerz. Mógł fantazjować, że strzeże
jej spokoju i broni ją przed wszelkim złem. Przed potężnym potworem, który
stopniowo atakuje jej ciało, by w końcu doprowadzić do autodestrukcji.
Wiedział, że jest nikim wobec tego, ale marzył o tym, by móc ją wybronić od
tego zła.
Zerknął na państwa Warmer. Kobieta była smutna i zmęczona. Wydawała się być bardzo stara. Mężczyzna mrugał oczyma, chciało mu się spać. Zerknął na zegarek na swoim lewym nadgarstku. Za trzynaście trzecia. Westchnął i zwrócił się do małżeństwa.
– Może pojadą państwo do domu? – zapytał.
Kobieta pokiwała przecząco głową.
– Nie ma takiej opcji, zostajemy – miał wrażenie, że to déjà vu tyle, że w wykonaniu pani Izabel, a nie jej męża.
– To… może pójdą państwo do bufetu? Wypiją państwo kawę, a ja tutaj będę – zaproponował.
Pani Warmer popatrzyła na niego, a z jej oczu wynikało, że toczy bój z samą sobą. Zgodzić się czy też nie?
– On ma rację, kochanie. Idźmy napić się kawy, bo długo tak nie pociągniemy – odezwał się jej mąż.
– No nie wiem, Witoldzie… A co jeśli się wybudzi? – szepnęła z nutą nadziei w głosie.
– Wtedy i tak będziemy musieli poczekać do rana. Pamiętasz słowa lekarza?
Isabel zwiesiła ramiona i pokiwała potwierdzająco głową. Podniosła się z krzesła i spojrzała w niebieskie tęczówki Michaela.
– Dobrze, wrócimy za pół godziny. Potrzebujesz czegoś? Kawy, herbaty, a może coś do jedzenia?
Patrzyła na niego z troską i wyrozumiałością, niczym matka. Uśmiechnął się do niej i zaprzeczył ruchem głowy. Uniosła nieznacznie kąciki ust, ku górze i przytuliła się do blondyna, a następnie zniknęli za drzwiami.
Patrzył na nią i usłyszał, że drzwi od sali się otwierają. Wyłoniła się zza nich młoda pielęgniarka z dokumentami w rękach. Obrzuciła go uśmiechem i wyszła tymi samymi drzwiami, co rodzice Ann. Została tam sama. Bezbronna.
Nie chciał tego. Nie chciał, by ktoś zostawiał ją na pastwę losu. Wiedział, że jest bezpieczna, jednakże fakt, iż znajduje się sama podpięta do tych wszystkich aparatur, że jest nieświadoma tego, co dzieje się dookoła przyprawiał go o zawrót głowy.
Delikatnie i cicho przesunął drzwi. Jeden krok i znalazł się w pomieszczeniu. Uśmiechnął się. Widząc ją teraz przed sobą, nie osłoniętą żadną szybą przekonał się o jej pięknie. Podszedł bliżej jej łóżka, a zielony nakrycie, które zarzucił na swoje ramiona zatrzepotało głośno. Stanął przed nią. Opuszkami palców dotknął jej dłoni. Była ciepła, a jej skóra miękka. Niepewnie pociągnął swoje palce, ku górze przesuwając się od ramienia przez obojczyk, aż po policzek. Uśmiechnął się. Policzek. Brakowało mu kolorytu. Potarł go dłonią w nadziei, że nabierze nieco rumieńca. Nic z tego. Popatrzył na jej usta. Piękne, malinowe, zamknięte wargi. Obrysował je opuszkiem palca wskazującego. Nie potrafił się powstrzymać. Emocje i stres minionego dnia wzięły górę. Przyłożył usta do jej warg i skradł subtelny pocałunek.
Zerknął na państwa Warmer. Kobieta była smutna i zmęczona. Wydawała się być bardzo stara. Mężczyzna mrugał oczyma, chciało mu się spać. Zerknął na zegarek na swoim lewym nadgarstku. Za trzynaście trzecia. Westchnął i zwrócił się do małżeństwa.
– Może pojadą państwo do domu? – zapytał.
Kobieta pokiwała przecząco głową.
– Nie ma takiej opcji, zostajemy – miał wrażenie, że to déjà vu tyle, że w wykonaniu pani Izabel, a nie jej męża.
– To… może pójdą państwo do bufetu? Wypiją państwo kawę, a ja tutaj będę – zaproponował.
Pani Warmer popatrzyła na niego, a z jej oczu wynikało, że toczy bój z samą sobą. Zgodzić się czy też nie?
– On ma rację, kochanie. Idźmy napić się kawy, bo długo tak nie pociągniemy – odezwał się jej mąż.
– No nie wiem, Witoldzie… A co jeśli się wybudzi? – szepnęła z nutą nadziei w głosie.
– Wtedy i tak będziemy musieli poczekać do rana. Pamiętasz słowa lekarza?
Isabel zwiesiła ramiona i pokiwała potwierdzająco głową. Podniosła się z krzesła i spojrzała w niebieskie tęczówki Michaela.
– Dobrze, wrócimy za pół godziny. Potrzebujesz czegoś? Kawy, herbaty, a może coś do jedzenia?
Patrzyła na niego z troską i wyrozumiałością, niczym matka. Uśmiechnął się do niej i zaprzeczył ruchem głowy. Uniosła nieznacznie kąciki ust, ku górze i przytuliła się do blondyna, a następnie zniknęli za drzwiami.
Patrzył na nią i usłyszał, że drzwi od sali się otwierają. Wyłoniła się zza nich młoda pielęgniarka z dokumentami w rękach. Obrzuciła go uśmiechem i wyszła tymi samymi drzwiami, co rodzice Ann. Została tam sama. Bezbronna.
Nie chciał tego. Nie chciał, by ktoś zostawiał ją na pastwę losu. Wiedział, że jest bezpieczna, jednakże fakt, iż znajduje się sama podpięta do tych wszystkich aparatur, że jest nieświadoma tego, co dzieje się dookoła przyprawiał go o zawrót głowy.
Delikatnie i cicho przesunął drzwi. Jeden krok i znalazł się w pomieszczeniu. Uśmiechnął się. Widząc ją teraz przed sobą, nie osłoniętą żadną szybą przekonał się o jej pięknie. Podszedł bliżej jej łóżka, a zielony nakrycie, które zarzucił na swoje ramiona zatrzepotało głośno. Stanął przed nią. Opuszkami palców dotknął jej dłoni. Była ciepła, a jej skóra miękka. Niepewnie pociągnął swoje palce, ku górze przesuwając się od ramienia przez obojczyk, aż po policzek. Uśmiechnął się. Policzek. Brakowało mu kolorytu. Potarł go dłonią w nadziei, że nabierze nieco rumieńca. Nic z tego. Popatrzył na jej usta. Piękne, malinowe, zamknięte wargi. Obrysował je opuszkiem palca wskazującego. Nie potrafił się powstrzymać. Emocje i stres minionego dnia wzięły górę. Przyłożył usta do jej warg i skradł subtelny pocałunek.
„Każda kolejna noc przyniesie lepszy dzień”
****************************
Hej Misie! :*
Hej Misie! :*
Jak Wam się podoba? :)
Trzynastka okazała się nie być tak pechową, jak mogłoby się wydawać. ;)
Trzynastka okazała się nie być tak pechową, jak mogłoby się wydawać. ;)
Czy myślicie, że już wszystko będzie dobrze?
A może to dopiero początek problemów naszej dwójki? :)
A może to dopiero początek problemów naszej dwójki? :)
Kochane, bardzo dziękuję, że nadal ze mną jesteście. ♥
Dziękuję za każdy komentarz, który dodaje mi otuchy i motywacji do dalszej pracy. Dziękuję za każde zaobserwowanie. Dziękuję, że mimo iż ja sama nie jestem u Was na bieżąco, Wy ciągle mnie wspieracie. ♥
Jesteście najlepsze i nieocenione! ♥
Dziękuję za każdy komentarz, który dodaje mi otuchy i motywacji do dalszej pracy. Dziękuję za każde zaobserwowanie. Dziękuję, że mimo iż ja sama nie jestem u Was na bieżąco, Wy ciągle mnie wspieracie. ♥
Jesteście najlepsze i nieocenione! ♥
Całuję!